niedziela, 29 marca 2026

Tajny agent

 

In memoriam

 

Tajny agent” (2025, reż. Kleber Mendonça Filho)



Kiedy rozpoczynałem pisanie tego bloga, pierwszy esej, jaki napisałem, był o filmie „Aftersun. Dzieło Charlotte Wells skupiało się na ludzkiej pamięci i miejsca, jakie zajmują w niej nasi najbliżsi, nawet (a może zwłaszcza), kiedy już odeszli. Ten wpis przypomniał mi się, kiedy po ponad 2 latach zasiadłem do napisania kolejnego eseju o filmie dotykających podobnych kwestii – pamięci, tej indywidualnej i kolektywnej, rzeczy zapamiętanych i niepamiętanych, powrotu do lat młodości i odkrywaniu ich po latach. Ten film to właśnie wchodzący na ekrany polskich kin „Tajny agent” Klebera Mendonçy Filho.


Leży tu od niedzieli?”


Głównego bohatera filmu, Armanda Solimõesa (Wagner Moura) poznajemy w 1977, kiedy rozklekotanym garbusem wjeżdża na stację benzynową. Właściciel wychodzi go przywitać, rozmawiają chwilę. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że tuż obok leżą przykryte kartonem, rozkładające się zwłoki. Policjantom, którzy przybywają na stację, bardziej zależy na wyduszeniu z Armando łapówki (ostatecznie udaje mu się wykpić napoczętą paczką papierosów), niż na zabraniu, czy nawet obejrzeniu trupa. Armando znosi całą sytuację w pełnym napięcia milczeniu.

 

 

Jest bowiem uciekinierem, który usiłuje wydostać się z kraju. Kiedyś był wykładowcą akademickim, który zadarł z wysoko postawionym dyrektorem firmy Eletrobras, Henriquem Ghirottim (Luciano Chirolli). Teraz, pod przybranym nazwiskiem Marcelo Alves, ukrywa się w swej rodzinnej miejscowości, jednocześnie szukając okazji, by wraz z synem uciec z Brazylii. Filho niespiesznie odkrywa widzom kolejne perypetie Armanda, odmalowując jednocześnie barwny i zarazem przerażający świat, w jakim bohaterowi przyszło żyć.


- Brazylia drogo za to zapłaci.

- Nie zgadzam się. Z całym szacunkiem. Nie zapłaci nic.”


Pisałem już o reżyserach wracających do czasów swojego dzieciństwa i młodości. Filho robi to samo (w roku akcji filmu miał 9 lat). Brak w nim jednak wątków autobiograficznych – reżyserowi bardziej zależy na uchwyceniu pewnego momentu w czasie.

Brazylia w latach 70 znajdowała się we władzy dyktatury wojskowej, która przejęła rządy w 1964 roku. Był to czas prześladowań, korupcji przeżerającej niemal każdą dziedzinę życia, a zwykli ludzie, przeciwstawiający się władzy ginęli lub znikali w tajemniczych okolicznościach.

Filho łączy atmosferę terroru z upalnym brazylijskim klimatem. Nie epatuje opresyjnością, a jednocześnie potrafi pokazać, jak łatwo stracić było wówczas życie z rąk płatnych morderców, działających za cichym przyzwoleniem policji.

Myślę, że każdy zauważył trend nostalgii w kinie – powrotu do lat 80. i 90. w postaci czy to fabuł filmów, czy to remake’ów. Filho patrzy na to zagadnienie z nieco innej strony. Owszem, mamy w filmie rzeczy, które mógł on zapamiętać z dzieciństwa: charakterystyczne budki telefoniczne, telegramy, filmy z lat 70. (ze „Szczękami” na czele) grane w miejscowym kinie i groźnie łypiące ze ścian portrety ówczesnego prezydenta, Ernesta Geisela. Ale bardziej niż fetyszyzacja jest to soczewka pamięci kolektywnej, w której mieszają się strach przed władzą i ekstatyczna atmosfera karnawału, a w gazetach obok historii o zamordowanych w biały dzień można przeczytać wyssane z palca bzdury o ludzkiej nodze atakującej nocą w parku. Czy nie tak bowiem działa właśnie ten rodzaj pamięci, w której zapamiętujemy wielką historię, dziejącą się na naszych oczach i kompletnie nieważne anegdoty?

 


W drugim już (po „I’m Still Here” Waltera Sallesa) filmie o tym okresie, Filho wraca do traum dyktatury, która, biorąc po uwagę obecny klimat polityczny Brazylii i groźby, jakie otrzymywali zarówno reżyser, jak i Moura, wydają się być wciąż nieprzepracowane. A jednocześnie nie zapomina, że oprócz poważnej polityki i niepokojów działo się też zwykłe życie, pełne drobnych, codziennych i nierzadko zabawnych spraw.


Nie wiem czemu, ale jego historia mnie urzekła.”


W „Tajnym agencie” pamięć kolektywna miesza się z pamięcią indywidualną. W pewnym momencie filmu dowiadujemy, że historię Armanda bada studentka historii, Flavia (Laura Lufési) przesłuchując nagrania i czytając zarchiwizowane gazety. Odnajduje syna Armanda, Fernando (również Wagner). Epilog filmu staje się przyczynkiem do rozważań o tym, jak owa pamięć wpływa na młodsze pokolenia.

Dla Falvii historia Solimõesa jest odległa, a jednocześnie bliska. Dla wsłuchującej się godzinami w głos głównego bohatera młodej dziewczyny, przestaje on być anonimową ofiarą dyktatury, projektem na uczelni, lecz zaczyna być prawdziwym człowiekiem. Choć sama nie może pamiętać tych czasów, Armando staje się dla niej łącznikiem z przeszłością – wzbudza jej zainteresowanie, sympatię, współczucie, zachęca do dalszych poszukiwań. Czy można pamiętać coś, czego nie było się świadkiem? Czy pamięć kolektywna może wykształcić wspomnienia w pamięci indywidualnej? Filho zdaje się twierdzić, że tak. I co więcej, podkreśla jak ważne jest to, aby pamiętać w ten sposób – zwłaszcza w dzisiejszych, niespokojnych czasach, w których jak po deszczu wyrastają tzw. „miękkie dyktatury”, a to właśnie młodsze pokolenia mogą się stać w przyszłości ich ofiarami.

Kiedy Flavia odwiedza Fernanda, ten zgadza się na rozmowę, choć twierdzi, że nie ma żadnych wspomnień związanych z ojcem. Nie jest to chyba jednak prawda. Był w takim wieku, że musiał zapamiętać przynajmniej kilka wydarzeń. Fernando sprawia wrażenie bardzo smutnej osoby. Był wychowany przez dziadków, a to, co o jego ojcu pisano w gazetach na pewno musiało odcisnąć piętno na jego psychice.

Widzimy więc jeszcze jeden rodzaj pamięci indywidualnej, tej bardzo osobistej. Ludzi, dla których ofiary systemu byli krewnymi. Ludzi, którzy stracili rodziców, braci, siostry, dzieci. Czy myślą oni o wielkiej historii, jakiej byli świadkami? Czy może więcej znaczy dla nich wymiar osobisty tragedii tysięcy zamordowanych, wśród których byli ich krewni? Czy są w stanie spojrzeć na przeszłość z dystansem, czy zawsze będzie ona wiązała się bardziej z bolesnymi wspomnieniami strat i cierpień? Fernando nie tyle nie pamięta, co nie chce pamiętać, a jego postać przypomina Falvii i widzom, jak wielkie piętno może odcisnąć utrata bliskiej osoby. A jednocześnie sam wspomina poszukiwania swojego ojca babci od jego strony – kolejnego elementu długiej i nie zawsze bezbolesnej historii Brazylii. 

 


 

 

Filho spiętrza więc niejako pamięć za pamięcią. Historia Armanda, opowiedziana przez sam film, jest projekcją pamięci kolektywnej – konkretnych lat w historii, z ich całym bagażem atmosfery strachu i codzienności, w której śmiertelne zagrożenie wiszące nad bohaterem miesza się z wyczekiwaniem na seans „Omenu” w miejscowym kinie, a opłacony zabójca może dostrzec ofiarę przy jaskrawożółtej budce telefonicznej. Pamięć indywidualna to Flavia, odkrywająca historię Armanda równolegle z widzami, tak jak oni widząc to, czego nie jest w stanie sama pamiętać. Mieszanką tych dwóch staje się umiejscowiony między nimi Fernando, po części będący świadkiem owych wydarzeń, po części dowiadujący się o nich z innych źródeł. Żyjący w teraźniejszości, a jednocześnie nadal odczuwający bolesne skutki przeszłości, dla których oznacza ona własne, osobiste tragedie. „Tajny agent” jest więc opowieścią właśnie o tym, o pamięci indywidualnej i kolektywnej; pamiętanej, wyobrażanej, ożywającej na ekranie. I będącej jednocześnie bardzo zbliżoną do tego, co współcześnie dzieje się na świecie. Warto więc poświęcić czas na dzieło Filho. Ku pamięci.

niedziela, 22 marca 2026

Wielkie otwarcie

 

Strawa duchowa

 

Wielkie otwarcie” (1996, reż. Campbell Scott i Stanley Tucci)


Zastanawialiście się kiedyś, czym jest słynne „autentyczne” jedzenie? „Autentyczna” kuchnia włoska, hiszpańska, chińska… Użycie tych słów z całą pewnością zachęciłoby wielu do odwiedzin w restauracji reklamujących się takim sloganem. Ale czy taka kuchnia, dla nas, obcokrajowców, byłaby spełnieniem naszych oczekiwań? Czy wyszlibyśmy z takiej knajpy z błogimi uśmiechami na twarzach, typowymi dla przyjemnego stanu po pysznym i sytym posiłku? Czy może raczej krzywilibyśmy się na fakt, że w, na ten przykład, naszym sosie bolońskim znaleźliśmy selera? Dla nas być może byłaby to tylko kwestia tego, czy ponownie odwiedzimy dany przybytek. Ale w swoim reżyserskim debiucie „Wielkie otwarcie” Campbell Scott i Stanley Tucci biorą to zagadnienie jako przyczynek do rozprawy na temat kultur, biznesu i amerykańskiego snu.


Czasami spaghetti lubi być samo.”


Bracia Primo (Tony Shalhoub) i Secondo (Tucci) prowadzą małą włoską restaurację „Paradise” w New Jersey. Obaj są imigrantami z Włoch, przybyłymi do USA po II Wojnie Światowej. Ten pierwszy jest kucharzem, drugi zajmuje się finansowym i biznesowym aspektem działalności. Choć niezaprzeczalny talent Primo i smykałka Secondo wydają się być niezaprzeczalne, to bank domaga się spłaty kredytu, a nad restauracją wisi widmo zamknięcia. A powodem jest dokładnie to, co opisałem we wstępnie.

Primo zżyma się i nazywa klientkę dopraszającą się talerza spaghetti do risotto kryminalistką. Primo to prawdziwy kucharz, oddający się swemu rzemiosłu całkowicie. Tucci, sam będący aficionado włoskiego jedzenia, ukazuje talent Primo w pełnej krasie. „Wielkie otwarcie” to film będący ucztą dla oka – warzywa i ryby dowożone do restauracji, pieczołowicie pokazany proces przygotowywania makaronu, wreszcie, talerze i półmiski apetycznych dań. To jeden z tych filmów, po których ma się ochotę od razu zrobić zakupy i przygotować sobie jedną z potraw (ciekawostka: przedstawione w filmie timballo zrobiło prawdziwą furorę wśród Amerykanów po premierze). Tyle, że… no właśnie. Czy autentyczne timballo posmakowałoby komuś (jak niżej podpisany), kto wychowany został na sosach bolońskich typu fix? Czy ktoś kto całe życie jadał wynalazki pokroju pizzy hawajskiej (stworzonej przez Greka w Kanadzie, który do włoskiego dania dodał owoc z Ameryki Południowej) doceni prawdziwą, włoską pizzę?

 


 

Klienci restauracji przychodzą do niej z własnymi wyobrażeniami i oczekiwaniami w kwestii „autentycznego” włoskiego jedzenia, i ze zdumieniem patrzą na pieczołowicie przygotowane przez Primo risotto, które nijak ma się do tego, czego się spodziewali. Bracia zaczynają zdawać sobie sprawę, że stoją przed wyborem – dać klientom to, czego chcą, czyli zamerykanizowanej, uproszczonej (i świętokradczej dla Primo) wersji jedzenia, czy trzymać się uświęconej tradycji i wylądować na bruku. To zderzenie kultur na talerzu, wybór między autentycznością i własnym dziedzictwem, a przyjęciem standardów Innego, pozwalających na odnalezienie mu tego, czego pragnie w miejscu, w którym tego nie powinno być. „Daj im czas, nauczą się” mówi Primo. „To jest restauracja, nie pieprzona szkoła!” odpowiada ze złością Secondo, który tego dnia był w banku i nie ma dobrych wieści.


Jestem biznesmenem. Jestem kimkolwiek mam być w danej chwili.”


Tego dylematu nie ma Pascal (Ian Holm), prowadzący w sąsiedztwie znacznie popularniejszy lokal. Pascal zarabia krocie dając klientom to, czego chcą. Prostego żarcia. Ale on sam nie widzi w tym nic złego. Stara się przekonać do swojej postawy Secondo, mówiąc mu, że ktoś przychodzi po pracy zjeść porządny stek, bez wydziwiania, bez czekania, za to do syta (akcja filmu dzieje się w latach 50., w przededniu rozkwitu popularności McDonalda i, później, innych restauracji typu fast food).

Secondo i Primo patrzą na Pascal z uczuciami odpowiednio pogardy połączonej z zazdrością i czystą pogardą. Dla takich jak Pascal Primo ma określenie „filistyn”. Fakt, jest głośny, wulgarny, obnosi się ze swoim bogactwem. Ale Secondo widzi, że wie, czego pragną klienci i daje im to, nie uszczęśliwiając ich na siłę, jak próbuje to robić Primo. Jest rozdarty pomiędzy szacunkiem do talentu brata, a ciągłym żonglowaniem rachunkami i wysokimi cenami składników. Secondo nie jest chciwy ani nienasycony jak Pascal, i ciężko dziwić się jego pragnieniu posiadania dobrego samochodu i stabilnego życia u boku Phyllis (Minnie Driver) – usunięcie risotto z menu wydaje się być niewielką ceną za stabilną egzystencję na poziomie, po którą, koniec końców, przyjechali do Stanów.

 


 

Amerykański sen jest w centrum „Wielkiego otwarcia”. Ucieleśniony w Cadillacu, dobrze prosperującym biznesie. Ale USA nie jawią się tu jako miejsce otwarte na talenty ludzi przybywających z całego świata. Spełnienie amerykańskiego snu odbędzie się tylko na zasadach gospodarzy. Sprzedanie duszy diabłu? Czy rozsądny kompromis w biznesie, w którym nie ma miejsca na idealizm?


Jeść dobre jedzenie to być blisko Boga.”


Wreszcie wydaje się, że bracia otrzymują szansę, na którą czekali. Pascal proponuje, że poleci ich lokal Louisowi Primie, słynnemu muzykowi jazzowemu. Jego przybycie do „Paradise” rozsławi knajpkę i przyciągnie klientów. Rozpoczynają się przygotowania do tytułowego wydarzenia1.

Scott i Tucci zmieniają nieco kierunek. Do „Paradise” zaproszeni zostają członkowie lokalnej społeczności – znajomi, reporter, sprzedawca Cadillaców. Atmosfera nerwowego oczekiwania na gościa numer 1 powoli się zmienia. Zgromadzeni rozkoszują się przystawkami, piją, rozmawiają. Nieśmiały Primo wpuszcza do swojego świata (dosłownie i w przenośni) kwiaciarkę Ann (Allison Janney), w której się podkochuje. Na ten jeden wieczór jedzenie przestaje być towarem, powodem do zmartwień i zaczyna pełnić swoją właściwą funkcję (film świadomie nawiązuje do innego dzieła o podobnej tematyce, „Uczta Babette”). To przy suto zastawionym stole i kieliszkach pełnych wina ludzie bawią się, zapominając o swoich codziennych troskach. Nawiązują znajomości, okazują sobie czułość, miłość, szacunek (nawet Pascal nie potrafi odmówić talentu Primo).


Tucci i Scott kończą film na słodko-gorzkiej nucie. Wieczór nie zakończył się tak, jak powinien, i to pod wieloma względami. „Wielkie otwarcie” nie pozostawia wątpliwości – nawet najwspanialsze jedzenie, nawet największy talent nie gwarantują powodzenia w biznesie, a sztywne trzymanie się zasad (kulinarnych, czy też osobistych) może doprowadzić do zderzenia z oczekiwaniami klientów i bankructwa. A jednak, kiedy w ostatniej scenie widzimy braci jedzących prosty omlet na śniadanie, upewniamy się, jak istotną rolę pełni jedzenie. Primo i Secondo może nie odniosą upragnionego sukcesu, ale możemy być pewni, że zawsze będą zasiadać razem do stołu.

 


 


1 Polski tytuł nie jest odpowiedni kontekście fabuły. W oryginale jest to po prostu „The Big Night”, czyli „wielki wieczór”.


Bez wyjścia

Człowiek człowiekowi konkurentem „ Bez wyjścia ” (20 2 5 , reż. P ark Chan-Wook ) W dzisiejszych czasach, kiedy przenieśliśmy...